Arnold Hościłło, prezes Klubu Wędkarskiego" Ukleja" Olecko gościem Almanachu

Relacja z wyprawy na dorsze do Kłajpedy.

Co ma piernik do wiatraka?
To piernik....
Po sromotnej porażce, jakiej na niedawnych Mistrzostwach Świata, doznaliśmy My jako Polacy, z głowa spuszczoną, jak pies myśliwski, z selekcją drużyny narodowej, na szczęście pożegnał się Paweł Janas. Swoja butą i arogancją, wepchnął drużynę w ciemny zaułek, z którego będzie próbował wydostać naszą kadrę słynny Leo. Oby mu się powiodło.
To wiatrak.....
Od kilku lat z różnym skutkiem, pływam po Bałtyku w poszukiwaniu wrażeń wędkarskich, czasem choroby morskiej, a czasem dorszy. Byłem już w Łebie, Darłowie, Ustce, Władysławowie. Raz jest lepiej, raz gorzej. 17 Lipca , razem z przyjaciółmi wybrałem się na "ekskursje" do Kłajpedy. Bałtyk ten sam, tylko język inny, no i statek nazywał się LEO!!
Jak nowy selekcjoner? Podobnie jak On i wszyscy kibice z wielkimi nadziejami wkroczyłem na pokład......
Podróż za jeden uśmiech
W godzinach południowych, 17 lipca, pod mój dom podjechał Bus. Kilku kolegów już tam było. Składam klamoty do części ładunkowej auta. Oho ho, dobrze że była dość duża, bo wszyscy nabraliśmy masę rzeczy, niekoniecznie niezbędnych. Pierwsza wyprawa nad Bałtyk, ale nie ten Nasz, tylko Litewski. Nocujemy na statku, więc chyba wszystko się przyda?! Śpiworek- koniecznie, materacyk- koniecznie, krzesełko-koniecznie. Podobnie myśleli wszyscy, więc bagażu od ośmiu dorszowych zapaleńców nazbierało się sporo. WW jest jednak pojemny i mocny, w końcu niemiecki! Wszyscy w aucie, jedziemy. Nasz kierowca, jednocześnie organizator wyprawy Pan Krzysztof, jedzie szybko, ale bezpiecznie. Marian, jedyny członek wycieczki, który już w Kłajpedzie łowił, podczas podróży był zasypywany gradem pytań. Jak głęboko, jaki dryf, jaki statek, jak obsługa, jakie dorsze????? Maniek cierpliwie wszystkim odpowiadał - Kurna, zobaczycie, dorsze ok., ludzie ok., statek ok. Podróż mijała bardzo szybko. Na granicy palacze ledwie zdążyli wyćmić po pół sztuki tytoniu i już byliśmy na Litwie. Na obiad zatrzymaliśmy w zajeździe. Czyściutko i przytulnie. Trochę kłopotów z zamówieniem obiadku-jednak nasz rosyjski, po latach bez treningu nie jest zbyt mocny, a i młodziutkich dziewczyn, pracujących w barze także. Zła wiadomość to taka, że nie ma cepelinai, a dobra, że jest chłodnik. Wszystkim, którzy odwiedzają Litwę gorąco polecam te dwa dania. Cepelinai, to kartacze, takie prawdziwe, z mięsem, skwareczkami i ...Śmietaną!! Pychota!!
Obiad był bardzo smaczny i niedrogi, 10-15 litów. Posileni ruszamy w dalszą drogę. Po pięciu godzinach od wyjazdu z Olecka meldujemy się w porcie. Kłajpeda jest prawie 400km od Olecka, ale Litewskie drogi, przynajmniej, te , którymi jechaliśmy, są po prostu super!!!
Zaokrętowanie
Wchodzimy na statek. Już pierwsze wrażenie jest bardzo pozytywne. Statek jest po prostu duży i wygodny. Składamy nasze klamoty, a zebrała się tego wielka gromada!! Załoga czteroosobowa. Przybył również właściciel statku, przywitał się z nami porozmawiał. Sympatyczny gość. No i płyniemy. Port w Kłajpedzie robi wrażenie. Dziesiątki cumujących przy nadbrzeżu statków. Kutry rybackie, wszystkie duże, statki do przewozu różnych towarów, nawet okręty wojenne i duże liniowce.
Ponad czterdzieści minut płynęliśmy przez port do miejsca odprawy paszportowej. Sympatyczny pogranicznik sprawdził nasze dowody i ... zabrał ze sobą. Wychodzimy w morze, Trochę wieje, więc aviomarin wskazany. Nasz LEO doskonale sobie radzi na falach. Prędkość ponad 10węzłów. Obsługa przygotowała kolację. Litewskie sery, trochę kiełbasy , pasztety i prawdziwa ucha. Smaczne. Siedzimy w kajucie, trochę buja, za oknem już ciemno. Nawiązujemy kontakt z załogą. Nawet pośpiewaliśmy trochę rosyjskich piosenek. Jest fajnie. Nasza zgrana grupa, radzi sobie doskonale z językiem rosyjskim.
Jeszcze tylko załoga pyta, czy po dopłynięciu stajemy na kotwicy , czy w dryfie umożliwiającym łowienie. Ustalamy, że dopiero rano zaczniemy łowienie. Kotwica, więc zostaje rzucona i dopiero wtedy pokiwało nami porządnie.
No to do roboty!!
Nad ranem wiatr trochę osłabł. Pierwsi łowiący stają o 3 30. - Słaby dryf-orzekł Maniek i mimo tego złowił dorsza. Poorał jeszcze trochę dna i nagle.... Maszyna ruszyła i zaczęła wyciągać kotwicę!!! Ha ha ha, jasne, że nie było dryfu na kotwicy! Wkrótce wszyscy ustawiają się przy burtach i do roboty!! Kiwa coraz słabiej i coraz częściej trafiają się dorsze. Jest dobrze. LEO nie zmienia zbyt często pozycji, ponieważ nie jest to potrzebne.

Dryfujemy i łowimy. Załoga woła na śniadanie. Po śniadaniu, dryfujemy i łowimy. Obiad, pyszna grochówka-tutaj podają ja ze śmietaną i mięso z kaszą. Może być. Po obiedzie, dryfujemy i łowimy

Kolacja, po kolacji dryfujemy i łowimy.... Nudy prawda? Chcielibyście tak się nudzić!!!!! - W nocy będziecie łowić, czy stajemy na kotwicy?" - pyta kapitan. - Nie, odpoczniemy, może być kotwica- odpowiadamy godnie. Noc ponownie w malutkich kajutkach, ale wyspać się można, cudnie "delikatnie" bujało, jak w dziecięcym wózeczku, do którego dopadł starszy brat sadysta...Pobudka, przed czwartą, łowienie, śniadanie, łowienie, obiad, łowienie, znowu same "nudy"....? Jest fantastycznie, można się wyłowić do woli. Królem polowania Zostaje Miecio Kopiczko ( farciarz? Czy może coś jest na rzeczy? Sprawdzimy Go następnym razem, przywiążemy pilkera bez kotwicy, zobaczymy czy się pomądrzy!!!), który łowi dwa największe dorsze 7,50 kg i 6,40 kg . Za największą rybę otrzymał wspaniały puchar, o który zadbał niezawodny Tomek Gawroński!! Po za tym wszyscy mają dorsze 4-3kg i sporo mniejszych. Piękna robota!!! Piękna. Niestety, nawet tak długi rejs kiedyś musi się skończyć. O trzynastej sygnał oznajmiający koniec łowienia i powrót do portu.
Mamy ponad cztery godziny na składanie sprzętu i inne czynności. Prawie 30 mil, to kawałek drogi. Odpoczywamy. Pierwsze komentarze i wnioski. Wrócimy tu z pewnością. A łowienie? Ja mógłbym znowu stawać przy relingu!! Natychmiast!!
I tak się trudno rozstać...
Mimo kilkudziesięciu godzin z wędką w ręku, zmęczenie nie jest duże. Z namaszczeniem pakujemy fileciki do lodówek, przekładając je zamarzniętymi butelkami z lodem, przygotowanymi przez nasza litewska obsługę. Rybki sprawialiśmy i filetowaliśmy sami, co również jest wielką przyjemnością, a także dopełnieniem łowienia. Szczególnie, że czasu było dużo. Własny, filecik jest jeszcze smaczniejszy!! Dopływamy do portu. Nie wiem jakim cudem udało nam się zapakować wszystko do auta. Biedne resory, szczęście, że drogi równiutkie, bo inaczej zawieszenie z pewnością by nie wytrzymało. Za dużo mieliśmy z sobą różnych bambetli. Każdy wyliczał, co wziął niepotrzebnego i czego...następnym razem nie weźmie, czyli następny raz nastąpi i to wkrótce! W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w gustownym zajeździe. Niestety, "cepelinai uże nie imiejem", zbyt późna godzina. Wszystkie zjedzone. To nic, może następnym razem? Za to schabowy, taki domowy, z kosteczką , przepyszny!! Niestety, na granicy przypomnienie dawnych " dobrych " czasów, kolejeczka ok. 1,50 godziny, ale cóż to w porównaniu z wiecznością? Zadowoleni, naprawdę zadowoleni, trochę po 23 jesteśmy w Olecku.
Remanencik-podsumowanie
Mieszkając na "kresach" wszędzie nam daleko. Do Łeby w sprzyjających warunkach jedzie się 7 godzin . Do Kłajpedy 4.
Statki w Polskich portach są w większości dużo mniejsze, co przy nieco gorszej pogodzie wiąże się z szalonym dryfem, a to z "kilowymi" pilkerami, co dla nikogo nie jest przyjemnością. Głębokość w Kłajpedzie jest umiarkowana 35-50 m. Dorsze są i to całkiem, całkiem. Dużo godzin łowienia pozwala na łowienie bezstresowe. W polskich portach, czasami z całego rejsu łowi się godzinkę, albo dwie. A gdzie czas na testowanie przynęt i sposobów prowadzenia pilkera? W Kłajpedzie na to czasu nigdy nie zabraknie. Obsługa przyzwoita, wyżywienie do przyjęcia. Wygoda na statku pierwszorzędna. Długi na 30m szeroki na ponad 5 i tylko 9 łowiących!!!! Warunki sanitarne można poprawić, miejsca sypialne, a szczególnie łazienka, jest tylko z nazwy, ale cóż to dla zaprawionych w dorszowaniu zapaleńców, którzy nie jednokrotnie łowili na statkach w ogóle nie posiadających nawet WC .
Cena za imprezę również jest do przyjęcia.
RAZEM: .....Już nie mogę doczekać się kolejnego wyjazdu!!!!

PS. Jeżeli Leo, ten od piłkarzy, równie przyjemnie mnie zaskoczy, jak ten od wędkarzy, to ...Jadę na Mistrzostwa Europy!!!!!!!!!!!
Arnold Hościłło z Olecka, wędkarz rzeczo-jeziorowo-morski .